Panama

Ciekawym ale krótkotrwałym epizodem powrotu do kraju była przeprawa przez Kanał Panamski. Temperatura i wilgotność powietrza były nie do wytrzymania. Do tego dochodziła groźba malarii podsycana przez doktora serwującego nam różnokolorowe tabletki. Nowego sensu nabrało powiedzenie "weź pigułkę" ;)

W oddali widać Bridge of the Americas. Znajdujący się przy wejściu do portu Balboa most łączący obie Ameryki.

Panama City była dla mnie zaskoczeniem. Spodziewałem się ujrzeć biedne miasto, typowe dla rejonu Środkowej Ameryki. Z daleka widziałem tylko rozciągającą się na dużym terenie dzielnicę z drapaczami chmur, jakich nie powstydziłaby się żadna ze stolic.

W drodze do panamskiego portu braliśmy udział w akcji ratunkowej tułającego się od blisko tygodnia, bez wody i żywności małego kutra "Alfredo I". Zła sława tamtejszych wód spowodowała strach i brak reakcji ze strony przepływających statków. Żaden nie udzielił pomocy, bo obawiali się, że jest to jakiś podstęp ze strony piratów.

Holowaliśmy kuter do portu Balboa. Uratowanych rybaków oddaliśmy w ręce panamskiej Straży Granicznej. Nie jestem pewien, czy "Alfredo" nie był w lepszej kondycji.

Tego samego wieczora opuszczaliśmy Balboa i udaliśmy się w podróż przez Kanał Panamski. Zostawialiśmy za sobą Pacyfik. Szkoda, że cała przeprawa odbywała się w nocy. Nie zobaczyliśmy za wiele i zdjęcia nie oddają klimatu przeprawy. A naprawdę jest co wspominać.

"Z Pacyfiku na Atlantyk" pokonywaliśmy śluzy ciągnięci przez specjalne "lokomotywy". Temperatura, mimo pory nocnej nie do zniesienia. I wszędzie pełno komarów.